Te plantacje zielonych, mięsistych rozet, które widzisz na północy i w centrum wyspy, to aloes zwyczajny — a ten kanaryjski ma światową renomę. Powód tkwi w klimacie: mocne słońce, susza i wulkaniczna gleba zmuszają roślinę do skoncentrowania w liściach żelu bogatego w związki, które przyniosły jej sławę — tego samego, który koi skórę wypraną przez słońce (przydatna informacja na tej szerokości geograficznej). Wyspiarze używają go od zawsze: ucięty liść, świeży żel i prosto na oparzenie. Dziś działają gospodarstwa otwarte dla zwiedzających, gdzie pokażą ci roślinę, cięcie i produkt — plus złota zasada dobrych zakupów: sprawdzaj na etykiecie procent czystego aloesu i lokalne pochodzenie. Pamiątka pożyteczna, zielona i z tej ziemi: mało który suwenir naprawdę leczy.
Ze wszystkich roślin rosnących na Lanzarote żadna nie zbudowała tak widocznego przemysłu jak aloes zwyczajny. Jego plantacje — rzędy zielonych rozet o kolczastych końcach, ustawione na picón (wulkanicznym żwirze) — są częścią nowoczesnego krajobrazu rolniczego północy i centrum wyspy, a produkty z niego zajmują całe witryny. Za tym zjawiskiem stoi poważna botanika, ciekawa historia i parę rad zakupowych, które warto znać.
Najpierw botanika. Aloes (Aloe barbadensis miller, ten "prawdziwy" aloes) to sukulent pochodzący prawdopodobnie z obszaru arabsko-afrykańskiego, uprawiany przez ludzkość od tysiącleci — używali go Egipcjanie, Grecy i Rzymianie, a tradycja głosi, że Kleopatra trzymała go w swojej kosmetyczce. Na Wyspach Kanaryjskich znalazł warunki podręcznikowe: mnóstwo słońca, mało deszczu i mineralne, wulkaniczne gleby. I tu jest klucz, który miejscowi producenci powtarzają nie bez racji: jego sekretem jest stres wodny. Aloes przelewany wodą tuczy wodniste liście; aloes uprawiany "po lanzarocku", niemal bez nawadniania, na wulkanicznym popiele, koncentruje w żelu polisacharydy (jak acemannan), witaminy i minerały, którym zawdzięcza swoje właściwości. Mniej wody, więcej treści: dokładnie ta sama logika, która czyni wielkimi wina z La Gerii.
A do czego służy? Nauka najmocniej potwierdza jego sztandarowe zastosowanie: żel koi, nawilża i wspomaga regenerację skóry — lekkie oparzenia słoneczne, podrażnienia, przesuszenie. Na wyspie, gdzie indeks UV jest wysoki przez większość roku (karta 34), to dosłownie miejscowe lekarstwo na najczęstszy błąd przyjezdnego. Wyspiarze zawsze stosowali go w wersji zero kilometrów: ucina się liść, pozwala ścieknąć acíbarowi (żółtemu, gorzkiemu sokowi spod skórki, który lepiej odrzucić), filetuje i przezroczysty miąższ idzie prosto na skórę. O reszcie katalogu — kremach, szamponach, sokach, pełnej kosmetyce — opowiadają dziesiątki wyspecjalizowanych sklepów.
Tu wchodzi rada od miejscowego przyjaciela, bo sukces przyciąga cwaniaków. Żeby kupić dobrze: sprawdź na etykiecie procent czystego aloesu (w dobrym żelu im wyższy, tym lepiej; nie ufaj składom, w których aloes stoi na końcu listy), szukaj certyfikowanego kanaryjskiego pochodzenia i kupuj w gospodarstwach producenckich, aptekach albo poważnych sklepach. Najlepszym doświadczeniem jest pójście do źródła: kilka gospodarstw i centrów aloesowych na wyspie oferuje zwiedzanie — często bezpłatne — gdzie zobaczysz plantację, usłyszysz o cięciu i przetwarzaniu i wypróbujesz produkt na skórze przed decyzją. Uczysz się, porównujesz, a pieniądze zostają w lokalnym rolnictwie.
Pamiątka, która wypiła słońce wyspy, mieści się w walizce i naprawia plażowe ekscesy: mało która wakacyjna zakupowa decyzja broni się tak dobrze. Apteka Lanzarote jest zielona, rośnie na lawie i nie wymaga recepty.
